Szczecin Open „od kuchni”

Na pozór mogłoby się wydawać, że organizacja turnieju tenisowego, to raczej niezbyt skomplikowana operacja. Bo przecież wystarczy tylko kilka kortów, dobre kontakty w świecie sportu, paru sponsorów i trochę pieniędzy. Jak złudna jest to opinia wiedzą najlepiej ci, którzy tworzą od lat Szczecin Open – jeden z największych i najbardziej uznanych turniejów nie tylko w Polsce. W tym roku obchodzi jubileusz 30-lecia. Prestiżowi udało się skłonić do zwierzeń kilka osób, które poświęciły mu setki godzin, wylewały i będą wylewać nadal hektolitry potu przy jego organizacji, a siłę ich zaangażowania trudno zmierzyć w jakiejkolwiek skali. Oto garść wspomnień z „turniejowej drużyny”.

Moje związki z turniejem…

…sięgają 2013 roku. Współpracowałem wcześniej z Krzyśkiem Bobalą przy organizacji w 2011 roku Mistrzostw Europy w Pływaniu. W 2013 roku byłem koordynatorem w spółce, w której pracowałem wtedy przy organizacji finału regat The Tall Ships Races. Byliśmy poproszeni o wsparcie jako spółka miejska, przy organizacji Szczecin Open a ja zostałem poproszony o przyjęcie funkcji dyrektora sportowego turnieju. I pełnię ją do dziś – mówi Leopold Korytkowski – dyrektor sportowy Szczecin Open.

– Z turniejem tak naprawdę jestem związany od 29 lat. Nie opuściłem żadnego, bo nie liczymy tego, który nie odbył się z powodu pandemii. Zaczynałem jako chłopak od podawania piłek. Po trzech latach zacząłem pracę jako sędzia. Po pięciu latach zostałem szefem sędziów – opowiada Piotr Chomicki – szef sędziów turnieju.

– Z turniejem jestem związana już 15 lat. Swoją przygodę zaczęłam jako hostessa i na tym stanowisku pracowałam prawie osiem lat. Później, po uzyskaniu wszystkich kwalifikacji, dostałam angaż już jako fizjoterapeuta i na tym stanowisku pracuję do dziś. W kolejnych edycjach będę już występować pod nowym nazwiskiem, ponieważ chwilę przed turniejem wzięłam ślub. Przełomowym wydarzeniem w mojej karierze na turnieju było otrzymanie stanowiska fizjoterapeuty międzynarodowej federacji tenisowej ATP – czyli ATP Physio i miało to miejsce rok temu – mówi Marta Semenyna (Jakacka), fizjoterapeutka.

– Z organizatorami Szczecin Open nawiązałam współpracę kilka lat temu, jak jeszcze mieszkałam w Szczecinie. Przy turnieju pracuję od dziewięciu lat, a od sześciu specjalnie dla tej imprezy przylatuję z Islandii, gdzie mieszkam i żyję od kilku lat – wyjaśnia Joanna Kolec – z koordynacji turnieju.

– Przygodę z turniejem rozpocząłem w 2013 roku. Napisałem maturę i szkoła średnia dla mnie się skończyła. Rodzice namówili mnie, aby popracował trochę w wakacje, żebym ich nie spędzał tylko przed komputerem (śmiech). Postanowiłem więc znaleźć jakieś zajęcie. Trafiłem na ofertę klubu sportowego „Bene Sport Centrum”. Jego współwłaścicielem był Krzysztof Bobala – szef agencji Bono i dyrektor turnieju Pekao Szczecin Open. Klub znajdował się przy ulicy Modrej. Pojawiłem się tam, przeszedłem rozmowę kwalifikacyjną i zacząłem pomagać przy organizacji zajęć w tym klubie. W międzyczasie poznałem trochę lepiej Krzysztofa, który zaproponował mi „wejście” do załogi przygotowującej turniej. – „Przyjdź, przydasz się, znajdziemy dla Ciebie zajęcie” – stwierdził Krzysztof. Dołączyłem do obsługi technicznej, czyli wieszałem banery, rozkładałem sprzęt muzyczny, wykonywałem wszelkiego rodzaju prace techniczne – mówi Dominik Kwiatkowski, rzecznik prasowy i szef biura prasowego Szczecin Open.

–Z turniejem jestem związany od roku 2008, w którym to po raz pierwszy pracowałem jako sędzia liniowy. Tamta edycja była bardzo interesująca ze sportowego punktu widzenia, ponieważ w półfinałach było aż dwóch Polaków: Łukasz Kubot oraz Jerzy Janowicz. Dla kibiców było to niesamowite przeżycie, natomiast dla świeżo upieczonego sędziego liniowego spore wyzwanie. Nowa rola, komplet publiczności oraz wspomniany Janowicz, który serwował piłki z prędkością grubo ponad 200 km/h. Przez cały turniej udało mi się jednak nie popełnić ani jednego błędu, dzięki czemu szef sędziów Piotrek Chomicki pozwolił mi sędziować aż do samego finału, co w przypadku tak mało doświadczonych sędziów było wielkim wyróżnieniem.

Z tamtej edycji pamiętam więc dużą satysfakcję, wypełnione po brzegi korty oraz ogromne emocje sportowe. Nie będę ukrywał: momentalnie zakochałem się w tym turnieju i już dzień po jego zakończeniu nie mogłem się doczekać kolejnego – dodaje Maciej Żmudzki.

– Z turniejem jestem związana od pięciu lat. Wszystko zaczęło się, kiedy przyszłam na rozmowę o pracę do Agencji Reklamowej Bono. Jej szef Krzysztof Bobala postanowił najpierw sprawdzić, jak sobie radzę w różnych sytuacjach. W czerwcu zaczęłam pracę jako hostessa, choć może jednak trochę inna od tej typowej. Miałam trochę więcej obowiązków, bo jednak starałam się o pracę. Pracowałam w centrum akredytacji, na tzw. VIP-ie, obsługiwałam system akredytacyjny, wprowadzałam listę gości, zajmowałam się zaproszeniami, czyli taką bardziej techniczną stroną. Jednocześnie chodziłam w spódniczce hostessy, byłam w orszaku, który wychodził na koniec turnieju na kort centralny. Czyli taka hostessa starająca się o pracę na stałe (śmiech) – żartuje Barbara Gruszka.

Zajmuję się…

Zdaniem Leopolda Korytkowskiego dyrektora sportowego turnieju rola jaką pełni nie jest trudna. –Wystarczy pozytywne nastawienie i odrobina wiedzy, tak naprawdę, o świecie.

Bo nie mówię, że tenis jest konieczny. I jeszcze język angielski. To praca jak każda inna. Czerpię dziką satysfakcję ze wszystkich swoich projektów. Ten jest o tyle wdzięczny, że tak naprawdę cały ten najtrudniejszy ciężar spoczywa na barkach Krzyśka Bobali, bo zawsze w jego gestii pozostaje kwestia zabezpieczenia budżetu. Ja mam tę przyjemną część, że trochę pomagam go wydać. No ta jak mam powiedzieć, że nie lubię tego? (śmiech) – stwierdził dyrektor sportowy turnieju.

A czym zajmuje się szef sędziów?

– To z reguły jest osoba z lokalnego środowiska. Zajmuje się głównie koordynuje pracę sędziów liniowych, zbiera ich przed turniejem, dokonuje selekcji a w czasie eliminacji deleguje na mecze sędziów stołkowych. Wielu sędziów chce uczestniczyć w szczecińskim turnieju. To z reguły młodzi ludzie, dla których to przygoda. Jeżdżą po różnych turniejach w Polsce, a że teraz jest sporo takich imprez, to aktywnych sędziów jest więcej. Potrzebowałem 35 osób a zgłoszeń było ponad 70, więc nie było problemu, aby zebrać taką ekipę – opowiada Piotr Chomicki.

– Zajmuję się koordynacją całej pracy zespołu, zdejmując ten ciężar z głowy organizatorów. Po tylu latach wiem na czym to polega, jak sprawnie podejmować działania, żeby ludziom pracowało się tutaj przyjemniej – zapewnia Joanna Kolec.

Ale turniej stawia czasami przed organizatorami zaskakujące i nietypowe zadania.

– Z tym moim pierwszym turniejem związana jest bardzo zabawna anegdota. Dzień przed startem turnieju. A właściwie przed startem eliminacji, bo kiedyś one trwały od soboty, czyli to był piątek. O godzinie 20, kiedy odbieraliśmy obiekt wraz ze sponsorami, aby sprawdzić np. czy liczba logotypów się zgadza itd. nagle jeden z nich stwierdził, że jego branding jest bardzo niewłaściwie rozwieszony. Coś się wydarzyło, że był metr za nisko, czy metr za wysoko już teraz nie pamiętam. I musieliśmy cały branding na kortach nr 3,4,5, kilkaset banerów zerwać i zawiesić je na nowo. I uwaga – o drugiej w nocy, razem z Krzyśkiem staliśmy na drabinie i przewieszaliśmy te banery. A następnego dnia o godz. 10 ruszały eliminacje. To była niesamowita akcja, kto żyw leciał na korty, chwytał drabinę i przewieszał banery. Naprawdę zabawna sytuacja. Ale jakość u nas zawsze była na najwyższym poziomie. Mogliśmy powiedzieć sponsorowi, że nie ma już opcji zmiany zawieszenia banerów, bo rano startujemy. Ale Bono jest firmą, która rozwiązuje problemy a nie stara się tylko odbębnić swoje. U nas sponsorzy zawsze są na pierwszym miejscu, nawet o tak dziwnych porach dnia i nocy – wyjaśnia Dominik Kwiatkowski.

Dodaje, że zaczynał jako pracownik obsługi technicznej, ale okazało się, że ma talent do znajdowania bardzo szybko rozwiązań w pewnych sytuacjach, które nie wymagały siły mięśni, ale odpowiedniego podejścia do problemu.

– Krzysztof dostrzegł ten mój potencjał. I w następnym roku, przed turniejem byłem święcie przekonany, że przychodzę do pracy na poprzednim stanowisku. Ale na odprawie Krzysztof zapytał: „Dominik, czy Ty znasz się na stronach internetowych?”. Odpowiedziałem, że nie. Na to Krzysztof: „No to się poznasz, bo od teraz będziesz się zajmował naszą stroną internetową”. „Ale ja się nie znam na programowaniu” – odpowiadam. „No się nauczysz, to nie jest takie trudne” – wyjaśniono mi krótko. Rzeczywiście nie było. Dwa tygodnie przed turniejem poprosiłem znajomego programistę, żeby „przeklikał” ze mną tę stronę, taki panel administratora. Rzeczywiście nauczyłem się oprócz zarządzania kilkunastoosobowym teamem teraz jako szef biura prasowego, obsługi programów graficznych oraz podstaw programowania. Jak się nauczyłem już obsługi stron pojawiły się kolejne zadania. Doszło do zmiany rzecznika prasowego turnieju i w taki naturalny sposób wskazano mnie do objęcia tej funkcji. Pomagałem również Krzysztofowi w obsłudze sponsorskiej – stwierdził rzecznik prasowy turnieju.

Bo zmiana funkcji oraz zakresu wykonywanych zadań nie jest niczym zaskakującym dla członków „turniejowej ekipy".

– Moja przygoda z sędziowaniem trwała w latach 2008-2011, a od edycji 2012 zacząłem już pracę w biurze prasowym i tak naprawdę spędziłem w nim kolejnych 10 lat. Napisałem setki relacji z meczów, przeprowadziłem kilkadziesiąt wywiadów, redagowałem turniejowy folder, prowadziłem konferencje prasowe itd. – mówi Maciej Żmudzki.

– Tak się trochę śmieję, że moja droga na turnieju zaczęła się od hostessy Basi i teraz jest na poziomie Pani Basi. Ponieważ aktualnie, jeżeli ktoś nie zna Pani Basi, to mało co załatwi w części VIP (śmiech). Jestem tą pierwszą osobą, z która trzeba się skontaktować, aby coś załatwić, coś zmienić, jeżeli jest jakiś problem z akredytacją, z zaproszeniami. Jestem takim pierwszym ogniwem, do którego wszyscy muszą się zgłosić. Tym wszystkim rządzi Pani Basia (śmiech). Jestem taką tarczą chroniącą szefostwo od mniejszych problemów. Zawsze na pierwszej linii strzału, turniejowego frontu. VIP-y, które pojawiają się na turnieju są bardzo różne. Chciałabym powiedzieć, że jest miło i sympatycznie, ale niestety nie zawsze. W ciągu mojej pięcioletniej kariery turniejowej usłyszałam kilka zaskakujących słów na swój temat. Natomiast jest też wiele osób pomocnych, wdzięcznych nawet rozpieszczających. Są takie nawet sytuacje, że przychodzą z czekoladą, żeby poprawić nam humor. Wiedzą, że my nie jesteśmy tam na chwilę, siedzimy tam po kilkanaście godzin dziennie. Turniej trwa siedem dni a tak naprawdę ekipa jest w gotowości dwa tygodnie wcześniej. Są uczestnicy turnieju, którzy to wiedzą i starają się nas rozweselić. Jest więc pewnego rodzaju równowaga zachowana – trochę tego i trochę tego. Ile czekolad otrzymałam w ciągu tych pięciu lat? Szczerze mówiąc, trochę tego było (śmiech). No może ze 20. Jakaś butelka wina się nawet trafiła (śmiech). Taki bardzo miły gest – stwierdziła Barbara Gruszka.

Pamiętam jak dziś…

– Świetny tenisista – Richard Gasquet, rok 2017, finał marzeń, piękna pogoda, 25-lecie turnieju jak z bajki. Pamiętam go przechadzającego się alejkami na kortach z ojcem. Dwóch bardzo skromnych francuskich gentelmenów, bardzo sympatycznych ludzi. Również Dustin Brown, kolorowy ptak turnieju, który uwielbia wracać do Szczecina, lubi tu być. Bardzo dobrze w mojej pamięci zapisał się też Pan Lesiu, turniejowa „złota rączka”. Pan Lesiu Kwaśniewski już był wiekową osobą, kiedy ja trafiłem do turniejowej załogi. Ale on nadal jest a kortach. Kiedyś był szefem tzw. kortowych. Teraz jest honorowym uczestnikiem turnieju. Zawsze pierwszy przychodził na korty o godzinie 6 rano i schodził z nich jako ostatni późno w nocy. Cały obiekt zna jak własna kieszeń. No i dziennikarze sportowi. Pracuje mi się z nimi naprawdę fajnie, choć niektórzy z nich są bardzo wymagający, potrzebują takiego specjalnego „dopieszczenia”. Dziennikarstwo sportowe na przestrzeni lat bardzo mocno się zmieniło. Wcześniej dziennikarze byli nauczeni tej tradycyjnej formy przedstawiania informacji. Nie mieli potrzeby korzystania np. z mediów społecznościowych. Teraz jest zupełnie inaczej. Rozwijają się technologicznie i informatycznie. Czytelnik nie chce już czytać tylko suchych komunikatów prasowych, potrzebuje szerokiej informacji, opinii – wyjaśnia Dominik Kwiatkowski.

– w 2011 roku umówiłem się w turniejowy wtorek na jedną z pierwszych randek z nową dziewczyną. Tego dnia miałem sędziować na korcie numer 1 i byliśmy wstępnie umówieni o godzinie 20:30. Po południu okazało się, że muszę jednak zastąpić kolegę z kortu centralnego. Los chciał, że tamtego dnia trwały na nim same niesamowicie długie pojedynki, a ostatni z nich (z udziałem Michała Przysiężnego) zakończył się dopiero po północy. Randka została więc solidnie opóźniona i zamiast we wtorek wieczorem, zaczęła się dopiero w środę, o godzinie 1. w nocy. Z perspektywy czasu mogę jednak powiedzieć, że naprawdę było warto czekać do późna, bo wszystko ułożyło się bajkowo, a tamta dziewczyna od dobrych kilku lat jest już moją żoną. Jak więc tego turnieju po ludzku nie kochać? – pyta Maciej Żmudzki.

– Jak przypominam sobie o pewnej historii, to kręci mi się łza w oku. Nie jest ona bezpośrednio związana z głównym turniejem, ale rozgrywkami artystów. To była końcówka turnieju, wróciliśmy w sobotę wcześnie rano na korty, trzeba było trochę na nich posprzątać, przygotować wszystkie stanowiska do pracy. Był to wyjątkowy Turniej Artystów, bo odbywał się w czasie COVID – u. Nie było wtedy Turnieju Głównego, ale ten artystów się odbył. Aktorzy przyjechali, frekwencja dopisała. I tego ranka na kortach pojawił się Łukasz Pietsch z kabaretu Hrabi. Zobaczył nas, takich biegających, uwijających się jak w ukropie, szczególnie mnie z koleżanką. Usiadł do fortepianu i zaczął grać. Obdarował nas uśmiechami, zrobiło się przesympatycznie, wszyscy zaczęli się uśmiechać. My sprzątaliśmy a on nam przygrywał. To było naprawdę bardzo urocze – dodaje Barbara Gruszka.

– Utkwił mi w pamięci zdecydowanie Casper Ruud – norweski tenisista, który przyjechał do Szczecina po raz pierwszy mając niespełna 18 lat. Już wtedy wszyscy pokładali w nim duże nadzieje. Miałam okazję przygotowywać go do meczów. Pamiętam ze podczas jednej wizyty powiedziałam mu, że już niedługo widzę go w pierwszej dziesiątce światowego rankingu. Były to prorocze słowa, ponieważ Casper obecnie znajduje się na piątym miejscu w światowym rankingu ATP. W sumie najwięcej u mnie wspomnień łączy się z tym co się dzieje za drzwiami fizjoroomu. To tam spędzam najwięcej czasu. Jeśli dany zawodnik zacznie przygotowywać się z jednym fizjoterapeuta, to już zazwyczaj codziennie przychodzi do tego konkretnego terapeuty i już go nie zmienia. Fizjo niejako staje się współodpowiedzialny za sukces na korcie. Jeśli w finale zostaje dwóch zawodników prowadzonych przez różnych fizjoterapeutów organizujemy własną rywalizację o to, którego fizjoterapeuty zawodnik zwycięży. Przegrany oczywiście stawia lunch – opowiada Marta Semenyna (Jakacka).

Ten turniej…

– Ma swoją renomę zbudowaną na tym, że ma zespół ludzi, którzy od lat współpracują ze sobą. Problemy, które napotykamy, a może raczej wyzwania, są powtarzalne. Jeżeli zajrzymy do plików z zeszłego roku mniej więcej wiemy w którym momencie i jak powinniśmy zareagować. Wręcz czekamy nawet na jakieś nowe rzeczy, które mogą się pojawić, bo wtedy możemy podjąć nowe wyzwanie i rozwiązać je w inny sposób – wyjaśnia dyrektor sportowy turnieju.

– Patrzę na turniej nie jako na sportowe widowisko, ale bardziej na ludzi, którzy są z nim związani i atmosferę jaka panuje na kortach. I widać wyraźnie, że od paru lat jest taka stała, zgrana ekipa, dzięki której każdy turniej jest prawdziwą przyjemnością spędzania z nimi czasu i pracy z nimi – stwierdził szef sędziów.

– Mamy fajny kontakt, a ja mam sentyment do tej imprezy, lubię tu być, pracować z tymi ludźmi i chętnie przy niej pomagam. Wykonujemy fajną pracę, mamy przy tym fajny fun, tworzymy bardzo dobrą atmosferę. To ludzie tworzą fajną atmosferę i otoczkę tego turnieju. Nie mamy zbyt wielu kłopotów, wiele z nich jest podobnych do siebie i wiemy jak sobie z tym poradzić. Ale lubimy i takie nowe, które się pojawiają. Bo przynajmniej jest ciekawiej, lubimy na nie reagować – zapewnia Joanna Kolec.

– Krzysztof zawsze rzuca wszystkich na głęboką wodę i albo sobie poradzisz, albo utoniesz. Zasada jest jedna – jeżeli masz chęć do pracy i umiejętności, to sobie poradzisz. Nadal aktywnie działam przy organizacji turnieju, to mój ulubiony tydzień w roku i nie wyobrażam sobie tak naprawdę września bez Szczecin Open. To najpiękniejszy czas jaki może być. Tenis, świetni ludzie, takie wakacje we wrześniu – uważa szef biura prasowego.

– Tydzień turniejowy, to zdecydowanie jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie tygodni w roku. Atmosfera, która tutaj panuje, wspaniali ludzie, którzy tworzą to wydarzenie od lat to coś nieprawdopodobnego. Przy alei Wojska Polskiego w tym czasie tworzy się małe niesamowite miasteczko, z którego nie chce się wychodzić. Nie tylko ze względu na wspaniałe rozgrywki tenisowe, ale też imprezy współtowarzyszące – twierdzi Marta Semenyna.

– Przez tych kilkanaście turniejowych edycji współpracowałem z dziesiątkami czy nawet setkami różnych ludzi, z których... każdy był zadowolony. I to właśnie chyba jeden z tych magicznych czynników, które sprawiają, że ta impreza jest jedyna w swoim rodzaju. Tu naprawdę każdy chłonie energię z atmosfery na kortach, zapomina o zmęczeniu i po prostu codziennie cieszy się pracą i tym, że może być częścią tego niesamowitego wydarzenia – dodaje Maciej Żmudzki.

– Każdy ma swoje obowiązki. Ale bywają takie chwile, kiedy jesteśmy razem, te emocje spływają. Widać wtedy wyraźnie, że jesteśmy jedną ekipą, że jesteśmy po coś, nie robimy czegoś bez sensu. Jest nas bardzo dużo i wszystko fajnie działa, wszyscy się wspierają, to widać. To bardzo ważne. Potrafimy na siebie krzyczeć, ale i mocno sobie pomagać. Tego uśmiechu jest na pewno więcej (śmiech) – zapewnia Barbara Gruszka.

 

Prestiż  
Wrzesień 2023